Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Pożegnanie Pana Profesora Józefa Szulewskiego

Z głębokim żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci wieloletniego, legendarnego nauczyciela matematyki w naszym liceum, pana profesora Józefa Szulewskiego.

Rodzinie i najbliższym składamy  wyrazy głębokiego współczucia.

Profesora wspominają jego uczniowie:

              Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. W naszym liceum było jednak kilku takich- Pan Profesor Józef Szulewski był jednym z nich. Był niepowtarzalny.

            Jak Go pamiętamy? W brązowym garniturze, w granatowym fartuchu, z pękiem kluczy, zsuniętymi okularami, uśmieszkiem, trochę rozbawionym, trochę kpiącym. Najpierw widzieliśmy rękę niosącą kubek z kawą, potem pojawiał się On. „Konia do żłobu można doprowadzić, ale wody sam się musi napić".- mawiał.  Albo: „Panie profesorze, mógłby pan jeszcze raz zerknąć na tę klasówkę? - Mógłbym. Ale po co?" Rozwiązywał najdziwniejsze zadania, które wyciągał nie wiadomo skąd. My zaś, w tempie karabinu maszynowego próbowaliśmy przepisać, ile się da, wiedząc, że za chwilę lewą ręką zetrze wszystko.

           Zabrał nas na biwak, codziennie o 6.00 robił nam apele, nie zważając na to, że w nocy mieliśmy wielogodzinne warty (!), stawiał nas na baczność: "Kolejno odlicz!" Dbał o nas. Nigdy nie podniósł głosu. Nigdy nie krzyknął. Jeśli był z nas niezadowolony, milczał. Albo mówił, że jest rozczarowany. W czwartej klasie powiedział nam, że byliśmy Jego ulubioną klasą. Tuż przed maturą przyniósł na lekcją podręcznik uniwersytecki i trójwymiarowe okulary do oglądania brył na rysunkach. To były lata osiemdziesiąte, w życiu czegoś takiego nie widzieliśmy!

         Nikt nigdy nie odgadł, jaki był Jego system oceniania sprawdzianów. Ale za brak skrótu "odp." dostawaliśmy zero punktów za całe zadanie. Nie pozwalał też pisać „zad.”, wyjaśniając, że nie o zad tu przecież chodzi, lecz o zadanie...

         Jeździł z nami na wykopki, na kuligi, śpiewał „Hej, sokoły!" Każdego ranka sprawdzał, czy mamy tarcze i zmienne buty. Przed klasą musieliśmy bezszmerowo stać w równym rzędzie. 

          Na pytanie mojej mamy o moją matematykę odpowiedział: „O, ona jest świetna z matematyki! Bardzo dobra. Ma trójkę." Z mojej klasy, matematyczno-fizycznej, w której była jedna piątka, trzy czy cztery czwórki i chyba z piętnaście trójek, dziewięć osób uczy teraz matematyki. Ja, mimo ukończenia studiów humanistycznych, ciągle potrafię rozwiązywać zadania z trygonometrii i pamiętam, w której ćwiartce co się znajduje.

        Baliśmy się Go, oszukiwaliśmy Go, nienawidziliśmy, śmialiśmy się z Nim, ale i z Niego... Lubiliśmy Go. Uwielbialiśmy, tęskniliśmy do Jego lekcji. Tęskniliśmy do szkoły, a szkoła bez Niego nie była w ogóle możliwa do wyobrażenia.

         Zmarł, gdy skończył się kolejny rok szkolny. Poczekał, aż będziemy mieli czas, żeby się zatrzymać. Aż zaczną się wakacje.

                                                                                                                    - była uczennica, klasa IVC